wtorek, 5 sierpnia 2014

Mumushi

10 miesięcy, a ja ciągle z szeroko otwartymi oczami obserwuje Afrykę. Usiąść, podeprzeć rękoma głowę i patrzeć. Ukryć się w bananowcu, w słomianej chatce, zza karmiącą kozą. Od czasu do czasu wypuścić kącikiem ust mały uśmiech. Mały i dyskretny, żeby ktoś nie zorientował się, że go obserwuje. A czasem specjalnie wyjść z ukrycia i rozmawiać. Z tatą Michela Chamy, którego ojciec pamięta założenie misji w Lufubu w 1930 roku. Z mamą Elizą, która pokazuje mi najnowsze kroki tańczącego chóru. Z Josephem, który rozumie angielski i tłumaczy mi jak zrobić słomiany dach do domków. Z mamą Matyldy, która nie rozumie angielskiego, ale uczy mnie jak nosić dziecko w czitendze.

Moje serce ciągnie do ludzi z wioski. Wędrować z chatki do chatki. Zobaczyć Lufubu oczami dziecka, oczami starca. Przejść drogi w ich butach albo najlepiej na boso.



Przed przyjazdem do Afryki życie przeciętnego Musondy z Lufubu nie miało żadnych wspólnych połączeń z moimi wyobrażeniami. Mimo relacji i opowieści. Bo Lufubu to nie jest Afryka przedstawiania w biurach turystycznych. Gdyby nawet oferta jedniodniowej wycieczki pozwoliła mi zobaczyć słomiane chatki i dzieci w podartych ciuchach, to co mogę powiedzieć o Afryce? Że jest biedna, że Afryka głoduje? Może gdyby wycieczka odbyła się w porze deszczowej dodałabym, że ma piękną przyrodę. W naszym domu na terenie misji jest Afryka. Bo jedzenie nie wymienia składników od roku. Bo często nie ma wody, a prąd wydobywa wszystkie odcienie światła z żarówki. Bo żeby wysłać sms-a lub maila muszę ustawić telefon w lewym, dolnym rogu łożka. Bo dopiero od dwóch miesięcy mamy ciepłą wodę, a od kilku miesięcy nie mamy pralki. W domu pojawiają się interaktywne pająki, a od czasu do czasu skorpiony. To jest Afryka. Ale Afryka która przyciąga moje serce jest za bramą misji.

Ksiądz Piotr mówi mi, żebym zapisywała wszystko co widzę. Nie dla siebie. Dla tych co nie zdążą poznać takiej Afryki. Po 25 latach na misji przewiduje że za kilka lat ciągle słomiane chatki uzupełnią wyposażenie o telewizory, a w ich pobliżu pojawi się filtrowana woda. 

Co jest za bramą misji? Life in the villige. Mumushi.



Obiad u Maxwella 
Odpocząć przed oratorium w domu czy pójść do mamy Elizy i poleżeć z nią na macie pod bananowcem? Decyzja jest szybka. Idę do mamy Elizy. Drogi prowadzi prosto, domek jest przy drodze. Ale po drodze z prawej i lewej słyszę „Ola, ugwali (nshima), come”. Zaproszenie na obiad. Patrzę na zegarek. Pierwsza. Czas lanchu. Skręcam w lewo. Odwiedzam Diane i zabieram Kastro, który prowadzi mnie górną częścią wioski. Z daleka rozpoznaje twarz. Maxwell. Podaje mamie i wszystkim dzieciom rękę. Potem podaje ja Kastro i chce ruszać dalej, kiedy pod moimi nogami ląduje stołek. „ Usiądz i zjedz z nami”. Mata z suszonej trawy rozłożona na ziemi, a na niej kobieta z czwórką dzieci i garnki: jeden z nshimą, drugi z zieloną mazią, trzeci z groszkiem. Patrzę na Eunice. Łyżka z ręki nabiera nshimę, a potem zwinnym ruchem obwija go zielonym glutem. Próbuje. Nabieram ze wspólnego garnka białą masę, a potem namaczam w papce. Smak nshimy znam, papka smakuje i wygląda jak gluty po siemieniu lnianym. Każda inna chatka to ten sam widok. Mata na ziemi i rodzina siedząca wokół kilku garnków.

Zaproszeń podobnych do Maxwella jest dużo więcej. Każda wizyta na wiosce to zaproszenie do wspólnej miski. Przęcietna rodzina w Lufubu jest bardzo uboga. Codzienne posiłki nie wychylają się poza nshimę, kasawę, orzeszki i zielone, podgrzewane liście. Kiedy uda się zdobyć pieniądze, na macie ląduje ryba lub kurczak. Ale bycie ubogim nie oznacza braku gościnności. Na tą w sercu Lufubiańczyka zawsze jest miejsce.


Poranne Młaszibukeni 
Opuszczam nasz dom codziennie parę minut po szóstej. Porannym „Młaszibukeni” pozdrawiam zaspałe jeszcze twarze w drodze do buszu. Czeka je prawie dwie godziny drogi. Czasem na boso, czasem w zza dużych klapkach. Czasem ktoś na rowerze, czasem kobieta z dzieckiem na plechach. Wracam przed trzynastą. Popołudniowym „Młabobeni” witam te same, lecz ledwo widoczne twarze. W połowie zasłanie je trzymany na głowie wypchany wór kasawy lub pęk ponaddwumetrowej trawy. Od początku zachwyca mnie wykorzystanie darów natury w Lufubu. Pół roku deszczu i pół roku suszy. Czy brak deszczu kogoś tu smuci? Nie. W porze suchej Musonda ścina trawę do budowy domów, a tego co nie wykorzysta pali, aby ziemie szybciej wybiła kukurydze w porze deszczowej. Wszystko co potrzebne jest tutaj do życia można znaleźć koło domu lub w buszu.


Rzeka
Czasami kiedy jestem na wiosce mam wrażenie jakbym była na obozie harcerskim. Brak prądu, bieżącej wody. Tyle że obóz harcerski w Lufubu trwa cały rok. Poranna warta przynosi wodę z rzeki do gotowania i porannej toalety. Wiaderko na głowie i baniak w ręce. W południe nad rzekę idą wszyscy. To czas kiedy kobiety wybierają jedną stronę rozwidlenia, a mężczyźni drugą. Czas na kąpiel. Bogatszy myje się mydłem, biedniejszemu wystarczy kamień. W tym samym czasie pod jednym strumieniem Felisters bierze kąpiel, Roydah z siostrami myje garnki, a Davis napełnia wiaderko do gotowania kolacji.



To tylko kilka kilometrów, które przeszłam w Lufubu. Takich kilometrów jest dużo więcej. Są kilometry wypełnione radością i kilometry wypełnione smutkiem. Tych wypełnionych radością jest dużą więcej. Wypełnia ona moje serce. Kiedy widzę uśmiech mamy Elizy, kiedy mała Ilona ląduje na moich plecach. Każdy kilometr jest dla mnie lekcją.






Za każdy kilometr, który przeszłam na czerwonej lufubiańskiej drodze dziękuje Ci Tato.


Ten post zaczęłam pisać na początku lipca. Nie jest skończony. Tak jak nie jest skończone to, czego nauczyłam się od mieszkańców Lufubu. To właśnie im, a szczególnie dzieciom, dedykuje swój ostatni post. Dziękuje Wam za Waszą otwartość i troskę. Przede wszystkim dziękuje Wam jednak za to, czego nauczyliście mnie o Panu Bogu.
Ola



poniedziałek, 21 lipca 2014

Modlitwa Judith

O Judith pisałam już wcześniej. O Judith można by napisać książkę. Judith jest menadżerem farmy w Lufubu, a ostatnio także menadżerem domu zakonnego. Pracuje siedem dni w tygodniu. Wstaje zanim niebo pomarańczowo-czerwonymi pastelami zapowie wschód słońca i kładzie się spać, kiedy gwiaździsta noc zdąży ochłodzić nagrzaną po dniu ziemię.

Judith jest jak afrykański księżyc kładzący się na horyzoncie, od którego nie można oderwać oczu. Tak jak nie można go oderwać od uśmiechu Judith. To uśmiech, który nosi na swojej czekoladowej twarzy cały dzień. To uśmiech, który nie jest wyciągany z kieszeni na specjalne okazje, a zamykany na guzik kiedy zmęczenie chce wyłożyć ciało na łóżko.

Judith przynosi mi banany kiedy jestem chora. Robi masaż, kiedy malaria napełnia rozżarzonym węglem moje kości. Wydziera kartkę z zeszytu i pisze „Happy Birthday”, kiedy dowiaduje się, że mam urodziny.

Radość Judith nie płynie z prestiżowej pracy, z pięknie urządzonego pałacu. Mieszka w murowanym domu, w którego kranach płynie bieżąca woda. Tak. To czyni ją w Lufubu bogatszą. Ale nie to jest źródłem jej radości. Myślę, że kilkanaście procent jej uśmiechu to afrykańska krew, która płynie w jej żyłach. Ale wiem, że najważniejszym kawałkiem tej tajemniczej dobroci jest jej pełna zaufania relacja do Boga.

Do pewnej rozmowy z Judith nie wierzyłam, że Afrykańczyk może powiedzieć mi coś pięknego o Bogu. Judith nauczyła mnie nowej modlitwy, którą teraz staram się rozpoczynać każdy dzień misji. W ciągu kilku tygodni pytałam Judith rano: „Judith. Jak Ty to robisz, że ciągle się uśmiechasz, ciągle wszystkim pomagasz, masz tyle siły i cierpliwości do innych”. I zabił dźwięk dzwonka, który wezwał mnie na obiad. I zawołała mnie Matylda do office, bo dzieci do nauki coraz więcej. I zawołał mnie Father, żebym dowiedziała się jak zakręcić tank z wodą. Nie usłyszałam odpowiedzi. Aż do wczoraj, kiedy w końcu mogłam znaleźć czas na rozmowę.


„I'm just praying” (Po prostu się modlę). Ale jak?. Nie pozwalam skończyć tematu.  „Codziennie, kiedy budzę się rano, to proszę Boga: Make everyone happy. Make nobody sad (Czynić każdego szczęśliwym. Nikogo nie czynić smutnym)".

Tak oto modlitwa Judith zagościła w moim programie po pierwszym dźwięku budzika.
„Boże. Niech dzisiaj nie uczynię nikogo smutnym, a każdego kogo spotkam uczynię szczęśliwszym. Proszę o serce, które będzie jak afrykański księżyc, utulające swoim ciepłem strudzonego wędrowca w drodze do Ciebie".









środa, 16 lipca 2014

Gdzie jutro znaczy wczoraj

Czy listy przestały przychodzić? Czy Pan Bóg przestał odwiedzać Lufubu? Może przestał do mnie mówić? Czy Afryka przestała dziwić? Dzień nie różni się od dnia?

Gdyby ktoś zadał mi te pytania, na wszystkie razem powiedziałabym: nie. Przed wyjazdem na misje spodziewałam się codziennej monotonii obowiązków. Środek buszu, brak bodźców cywilizacji. Tymczasem busz zmienia twarz każdego miesiąca, a każdy dzień maluje innymi kredkami.




Pan Bóg wysyła do mnie listy. Codziennie. Czemu nie wyskakiwały w kolorowych postach? Pierwsza przyczyna jest techniczna. Niepoliczalne spadki i skoki napięcia pokonały mój komputer. Brak intymnego miejsca do spisywania zapisków. A druga? Druga to lekcja życia wzięta od Afrykańczyków, która wypełniła plan dnia w nowy sposób. Wczoraj minęło, jutra jeszcze nie ma. Jest tylko dzisiaj i trzeba go przeżyć na sto procent. Bez odkładania na jutro.

Sama myślę o tym, że to dziwne. Że to lekcja wzięta właśnie od Afrykańczyków. Bo Zambijczyk nie ma zegarka, a czas szacuje z położenia słońca. Bo Zambijczyk często się spóźnia, a w Afryce śpieszą się tylko autobusy. Ale ten sam Zambijczyk pamięta że miałam przyjść po numer telefonu a nie przyszłam. Ten sam Zabijczyk na każdą moją propozycję, odpowie słowem „Today” (dzisiaj). „Matylda może bym kiedyś do Ciebie przyszła”? Matylda kieruje na mnie wzrok: „Today”? Pytam w oratorium klub piłki siatkowej: „Może zrobimy zawody w siatkówkę”? Zaciekawione głosy odpowiadają: „Today’?
Najwięcej uczą mnie dzieci.
-„Lazarous, posprzątałabym oratorium. Może zorganizujemy grupę i posprzątamy wszystko. Może jutro?”
Czternastoletni chłopiec:
- „A może dzisiaj?”
Jego wyraz twarzy w sekundę przekonuje mnie do zamknięcia kalendarza a wyciągnięcia mioteł. Wcześniej szacowałam czas. Do mamy Andzeli pójdę jutro. Nowy temat z angielskiego zacznę w poniedziałek. Płot zrobię kiedyś. Dzisiaj staram się niczego nie odkładać. Jeśli o czymś pomyśle i mam wolną chwilę, staram się to zrobić.

Od prawie roku żyje wśród ludzi dla których wczoraj to odległa przeszłość a jutro to odległa przyszłość. Pewnego czerwcowego dnia idę zobaczyć ranę dziadka Lazarousa. Siadam przed domem na drewnianym stołku. Mój wzrok przeciska się przez drzwi i dostrzega zielony tobołek na rękach Nkandu. Różowe zawiniątko w zielonym kocyku ląduje na moich kolanach. Pomarszczona skóra i zmęczenie matki wysyłają do mojego mózgu informacje o świeżym porodzie. Pytam:
-„Nkandu. Kiedy urodziłaś dziecko?”
 -„Tomorrow” (Jutro)
Całuje maleństwo, a mój śmiech odbija się od ścian domku, do którego weszłam. Po dziesięciu miesiącach zrozumiałam, że w kraju w którym jestem jutro znaczy wczoraj. Często słyszałam słowo „mailo”, ale myślałam że znaczy tylko wczoraj. Dziś już wiem, że określa ono wczoraj i jutro. W końcu zrozumiałam konstrukcje zdaniowe „Yesterday I will go to the river” (Wczoraj pójdę nad rzekę) , „Tomorrow I was in the bush” (Jutro byłam w buszu).

Dla mnie „mailo” to ewangeliczna mądrość Afrykańczyka wobec tego co było i tego czego jeszcze nie ma. Bóg daje nam dzisiejszy dzień. Przeżuwamy i delektujemy przeszłość lub na zmianę rozpływamy się w planach. A czy w dniu dzisiejszym jest jeszcze miejsce na dzisiaj? Może spotkałam Boga w przeszłości. Może chciałbym Go spotkać po śmierci. Ale czy chce Go spotkać i żyć z Nim dzisiaj?



poniedziałek, 31 marca 2014

What's your problem?

Listopad, grudzień, początek stycznia. W prześwitach wschodzącej trawy świecące pomarańczowe kawałki. Czego? Mango. Klapki, sandały, bose stopy ślizgają się na pestkach, zielonych skórkach, obślizgłych pozostałościach owoców. Co sobotnie poszukiwania worków i chętnych do zbierania zczerniałych po tygodniu resztek. Tak. W Afryce nie ma koszy. Coś co nie chce być już w moich rękach i nie chce znaleźć się w moim brzuchu po prostu rzucam na ziemie. Nie rozglądam się na prawo i lewo czy przypadkiem ktoś mnie nie zobaczy. Stoję i spuszczam „coś” na ziemie. No właśnie to „coś”. Myślałam ze czas zaśmiecania oratorium skończył się na początku stycznia. Trzy miesiące zrzutów w ciągu roku. Pomyliłam się. Rozumiem, ze mogłam dać się zwieść małym, ale nie potężnym drzewom. A to one od dwóch miesięcy rodzą owoce, których nazwy nie nauczyłam się jeszcze poprawnie wymawiać. Do moich uszów dolatuje zlepek sylab „I-mion-ga”. Małe jajowate kulki spadające z drzew, które liściami przypominają polską akację. Ponadto kilka tygodni temu ludzi na wiosce przerosła kukurydza. Nawet tych najwyższych. Kukurydzę można już łamać i przynosić w reklamówce do oratorium. Gotowaną lub grillowaną. A po zjedzeniu wyrzucać. Oczywiście na ziemię. Okresowo ścieżka w oratorium wygląda tak, że jedną nogą dzieci drepczą po imiondze, a drugą turlają po kolbie kukurydzy. I nie ma co się denerwować. Bo zaraz na mojej twarzy pojawia się uśmiech. Podbiega Ben, którego angielski zaczął i skończył się na słowie „Yes” i po raz pierwszy zadaje mi jakieś pytanie. „Ola. What’s your problem?”. I nie mogę się nie uśmiechnąć.




Kilka dni temu przechodzę przez farmę. Chcę odebrać świeżo wydojone mleko. Przed farmerskim sklepem, w którym bardziej niż produkty widać białą ścianę za półkami, widzę scenę znaną mi tylko z filmów. Ławka, sprzedawczyni, kilka pracowników farmy, kilka osób z wioski, reklamówki z jajkami. Pozycja ciała zgięta w pasie, łokcie oparte na kolanach, przewracanie czegoś w palcach, zwinny ruch do buzi. Skupienie jak przy dłubaninie ze słonecznikiem. Dosiadam się. Zginam ciało w pasie, opieram łokcie o kolana i schylam się do durszlaka ze świeżo ugotowanymi orzechami w łupkach. Polskie orzechy ziemne, tyle, że świeżo wykopane z ziemi i ugotowane na węglu drzewnym. Zapomniałam wspomnieć o torze przeszkód, który musiałam pokonać do dojścia na ławkę. Moim przyjaciołom nie towarzyszy rozważanie na temat czy rzucić skórki pod stopy czy nie. Mi po prawie 7 miesiącach w Afryce jeszcze tak. Uśmiecham się do Emmy, uśmiecham się do Judit i z uśmiechem wracam do domu. Obojętność afrykańska. Znieczulica. Dziś się jej poddaje. Otwieram drzwi do domu i zamiast do zamka, rzucam jak przed chwilą orzechy klucz na ziemie. Przystaje. I śmieje się z siebie. Z tego że jeszcze 7 miesięcy temu piszczałam na widok pająka. Dzisiaj ściągnę pająka palcami z zakurzonej półki. 7 miesięcy temu nie mogłam patrzeć jak Afrykańczycy ze swojego głównego pokarmu shimy, wygniatają kulki w rękach przed włożeniem do buzi, a dzisiaj częściej niż widelca używam do jedzenia rąk. Afryka codziennie mnie czegoś uczy. Codziennie wzruszają mnie dzieci i to one są moimi glównymi nauczycielami. Ale obserwuje nie tylko je. Tańcze z rodzicami na wiosce, obserwuje pracowników pod sklepem. Dziś nie rzucam już klucza na ziemię, a łupinki wrzucam do kosza. Ale myślę, że jakiejś 5 % ich znieczulicy mogłabym wpakować do swojej różowej walizki do Polski.





sobota, 15 lutego 2014

List o radości

W Lufubu świeci słońce. Każdego dnia. Ale świeci tu też coś innego. W Lufubu świeci radością. Czasami, kiedy idę spać i nie zasypiam samym przyłożeniem głowy do poduszki, oglądam obrazki z minionego dnia. Przeważająca ich większość to uśmiechające się twarzy dzieci. Tak mało potrzeba tutaj do uśmiechu. Uśmiecha się mała Given, która w czasie deszczu wymyśliła zabawę w buziaki. Daje szybkiego buziaka, uśmiecha się szeroko i zaprasza do tego samego inne dzieci. Uśmiecha się Felix, który zrozumiał działanie nożyczek i kleju i może sobie zrobić koronę. Oratorium jest pełne radości chłopców, którzy nauczyli się zgadywać wynik liczb mnożonych przez dziewięć za pomocą palców. Tutaj każdy powód do uśmiechu jest dobry.

Inswa
Pewnego wieczoru spędzam czas na wieczornych pogawędkach z Agnieszką. Połowę wypowiedzianego przeze mnie zdania przerywają głosy niepoliczalnej ilości dzieci: „ Ola light(i), light(i)”. Otwieram drzwi i z przerażenia zamykam je szybciej niż otworzyłam. Robi mi się gorąco. Serce przyśpiesza. Nie wiem czy otworzyć je z powrotem. Jednak głosy „light(i), light)i)” są coraz bliżej. Ryzykuje i otwieram. Napierają na mnie dzieci, a raczej trzymane przez nich w rękach miski. Czuje je na twarzy, w brzuchu, na rękach. Co jest w środku? Pełno skrzydełek, pod którymi ukrywają się małe, poruszające się robaki. . Dzieci dalej krzyczą light(i) a John mówi do mnie: „Ola, zobacz Inswa” i uśmiechając się prosto w moje oczy wkłada robaka do ust. Nie za bardzo wiedząc co robię zapalam światło na zewnątrz domu. W tym samym momencie wokół żarówki zaczyna się kręcić karuzela tysiąca jadalnej inswy. A mi nie przeszkadza już nic. Nawet mgła, którą utworzyły latające robaki i przez które trudno dostrzec dzieci. Po werandzie przed moim domem łapie robaki podskakująca radość.

Dżem z mango
Pewien grudniowy dzień. Grupka chłopców, która zapowiedziała się parę godzin wcześniej, puka do drzwi w porze poobiadowej. Są lekko zmieszani. Michael stoi przy drzwiach, Wesley z Rafaelem chowają się za słupkiem. Chęć nauczenia się robienia dżemu z mango zatrzymuje ich jednak na werandzie. Dla odwagi pytam: „To co, macie mango?”. Na co Michael wybiega na drogę i wyciąga reklamówki ukryte w trawie. Wszyscy razem idziemy za dom. Rozdzielamy pracę. Dwójka chłopców rozpala ogień, reszta rozpoczyna obieranie. W międzyczasie próbują gotowy dżem. Słoik i łyżeczka przeskakują z rok do rąk. Wesley próbuje i podaje dalej. To samo reszta. Słoik po minucie jest pusty. Po twarzach chłopców spływa dżem. Patrzą na siebie nawzajem i nie mogą opanować śmiechu.

Piłka
Pewien dzień w oratorium. Liczba dzieci przekraczających bramę wzrasta wprost proporcjonalnie z czasem trwania oratorium. „Aga, Ola: give me my piłka, give me my książka, give me my klucz, give me my puzzle, give me my skakanka”. “Give me” obchodzi nas z każdej strony. Myśli skaczą po głowie i szukają gry dla różnorodnych pragnień. Przeciskamy się przez napierające na nas słowa. Zabieramy parę piłek, skakanki i biegniemy na koniec oratorium. Na słowo „game” zrywają się również dzieci i biegną razem z nami. Najpierw w powietrzu lata duża piłka – dwa ognie. Potem powietrze przecina skakanka. W międzyczasie patyki rysują grę w klasy. Liczba skacząco-uśmiechających się dzieci wzrasta, a ja mam wrażenie jakby zmęczenie przykryło puszystą płachtą wszystkie moje pomysły. Zaczynam odpływać, kiedy nagle Aga krzyczy: „Mam”. Otrząsam się wokół skaczących i ciągle niezmęczonych dzieci. „A może? Może po prostu rzucę daleko piłkę i trzeba będzie za nią biec?”. Patrzę na uniesioną wysoko małą piłeczkę palantową i śmiech zrzuca z mojego ciała płachtę zmęczenia. Nie tłumaczymy zabawy dzieciom. Aga rzuca piłkę. Po grupce dzieci pozostaje tylko kurz w powietrzu. Po mnie właściwie też. Hamuje przy piłce pierwsza, ciągle nie mogąc opanować śmiechu. Rzucam piłkę w inny kąt boiska. Z dziećmi dużymi i małymi zakładamy ręce na głowy i przedzieramy się przez właśnie rozgrywający się mecz piłki nożnej. Kolejna przeszkoda to siatka, potem dziewczyny grające w netballa. W trawie świeci już żółta piłeczka, kiedy parę zawodników zatrzymuje rozciągnięta guma do skakania. Tym razem pierwszy był Michael. Po piętnastu minutach padamy na trawę. W żyłach pulsuje radość.

Pisze moje niektóre wspomnienia i sama się do nich uśmiecham.
Wcześniej szukałam Pana Boga w przyrodzie. Zawsze byłam zakochana w górach. Wejść na szczyt lub usiąść w dolinie i kontemplować potęgę Boga. „Bo góry mogą ustąpić i pagórki się zachwiać, ale miłość moja nie odstąpi od Ciebie”. Zobaczyć Boga w powiewie wiatru, w palącym słońcu, w przemaczającym moje ubrania deszczu, w lipcowym śniegu, górskim strumieniu.



Misja w Lufubu, uczy mnie jak nigdy wcześniej odkrywać Boga w człowieku. Wcześniej zbyt bardzo się tego bałam. Twarze zajęte i przejęte. Oczy roztargnione i zamyślone. Tutaj uczę się szukać, tego co jest na dnie w sercu człowieka. A jest tam dobro, które wlał w nas Bóg. Dobro, którym podzielił się z nami dając nam życie.

Życie w cywilizacji odsuwa nas od radości życia, jakie widzę w Lufubu. Skupiamy się więcej na tym co mamy, niż na tym kim jesteśmy. Kilka dni temu oglądałam jakiś film. Skupiłam się dłużej na jednej scenie, może nawet bardziej na zdjęciach filmu. Główna bohaterka siedziała na dachu wieżowca. Nie patrzyłam jednak na nią, a na miasto, które je otaczało. Ciasno zasadzone budynki, wysokie i małe, unoszący się kurz, sznurki samochodów, tłumy smutnych ludzi poruszających się w jakimś kierunku. Wszystko połączone ze sobą w ciasno zwinięty kłębek.

Budujemy cywilizację. Coraz bardziej i bardziej. Tempo przyśpiesza. Kupujemy najnowszy model telefonu i zanim poznamy jego wszystkie funkcje na rynku mamy już nowy. Złościmy się. Cywilizacja najpierw małymi kroczkami, potem coraz szybszymi odsuwa od nas ideę człowieka, który po prostu „jest”. Cywilizacja promuje człowieka, który „ma”, którego dom jest pełen różnorodnych przedmiotów. Im jednak więcej ma, tym bardziej nie wie kim jest. Bo często serce takiego domu ogarnia pustka i smutek życia.

Ludzie z Lufubu nie mają najczęściej nic poza chatką, zasadzonymi grządkami kukurydzy czy soji, kurami biegającymi wokół chatki, czasem zużytego roweru czy telefonu. Ale mają coś więcej. Coś co sprawia, że ich twarzy nie opuszcza uśmiech, że są jakby bliżej prawdy i jakby bliżej domu. Domu, który czeka na nas w niebie.


czwartek, 16 stycznia 2014

Telefon Polska

Dzwoni telefon. Wkładam klapki zagubione pod stołem w kuchni i obijając się od ściany do ściany biegnę do pokoju. W blasku zapalonej świeczki szukam telefonu. Wyświetla się napis ”Privat number”. Odbieram. Usłyszane słowa chcą się upewnić czy trafiły na właściwy kontynent: Afryka? Taaak. No hallo Afryka, Polska tutaj. Upewnione w kontynencie zapraszają muzykę. W słuchawce słyszę słowa polskiej kolędy „Przybieżeli do Betlejem pasterze”. Melodia porusza serce, a potem podchodzi do oczu i wyciska z nich łzę. Następne pół godziny jest półgodziną radości. Tak dawno niesłyszane głosy. Tak dawno niesłyszany śmiech. Śmiech, który jak magnetyczne wahadełko porusza do tego samego moje usta. Moje usta do śmiechu poruszają ciało. Ciało szukając miejsca wychodzi przed dom. Śmiech z Polski porusza ciszę nocy i buszu Afryki.


poniedziałek, 13 stycznia 2014

Gdzie się narodziłeś

Jakieś trzy tygodnie temu narodził się Jezus.
Czy widzisz Go jeszcze?
Czy słyszysz słowa zatroskanej Maryi i Józefa?

A może Boże Narodzenie to tylko 25 grudnia, tradycyjna wigilia, ubrana choinka. Może to tylko sytość stołu. Może to tylko słowa wypowiedziane po przerwie w pracy: „ No wiesz, święta, święta i po świętach” i zastanawianie się nad doborem kuracji odchudzającej. Może to tylko kolorowe światełka porozwieszane w polskich miastach zaraz po święcie Wszystkich Świętych. Może to tylko wózki pełne zakupów, angielskie piosenki puszczane w hipermarketach, półki w sklepach pełne od świątecznych prezentów.

Jeszcze przed przyjazdem do Zambii, zastanawiałam się jak będą wyglądały święta w Afryce. Wiedziałam, że nie zobaczę pierwszego grudniowego śniegu, pociągów pełnych studentów wracających do domów na święta, nie spędzę wigilii w rodzinnym gronie. Nie zobaczę przyozdobionych światełkami domów, kolorowych choinek, nie spotkam się długo niewidzianymi przyjaciółmi.

Moje przygotowanie do świąt w tym roku było inne. Lufubu nie miało błyskających światełek, ale miało 4 kolejno zapalne świeczki w kaplicy. 9 dni przed Narodzeniem Jezusa nie nagłaśniałam się szumem przedświątecznej gorączki zakupów, ale wyciszałam swoje serce na wspólnotowej modlitwie. Moją świąteczną rodziną byli księża ze wspólnoty i wolontariusze przebywający w tym roku w Zambii. Pasterka nie rozpoczęła się o północy ale o 20. Nie słyszałam polskich kolęd wygrywanych na organach, a wybrzękiwałam angielskie na gitarze. Choinki zastąpiły świeże bananowce przyozdobione papierem toaletowym i balonami. W Boże Narodzenie nie ubierałam kurtki i kozaków, a bluzkę z krótkim rękawkiem. 26 grudnia nie odwiedzałam rodzeństwa ale wraz z dziećmi i wolontariuszami chorych w najbliższym szpitalu. W ciszy przedświątecznej modlitwy mogłam zobaczyć ile w moim sercu brudu, ile niepotrzebnych słów, ile w nim smutku. Ile skupiania się na własnych siłach, a jak mało ufania Bogu. Mogłam zobaczyć jak wszystko chce zagłuszyć przyjście i Narodzenie Jezusa. Ale właśnie w tym chciał narodzić się Jezus. W trudności przełamywania ciszy, w wyciąganiu pierwszemu ręki, w smutku. Jezus nie narodził się na jeden dzień wspomnienia Bożego Narodzenia. Jezus chce rodzić się we mnie codziennie. Bo nie jest ważne czy wigilia rozpocznie się pierwszą gwiazdką czy blaskiem afrykańskiego słońca. Czy na stole znajdziemy 12 potraw a pod choinka prezenty. Czy scenka Bożego Narodzenia będzie dopracowana do perfekcji a kolędy wyśpiewane w stałym rytmie. 

Ważne jest, gdzie narodził się Jezus.
Ksiądz Gienek często nam powtarza:
Pewne jest, że Jezus narodził się w żłobie.
To wszystko jednak na próżno, jeśli nie narodził się w Tobie.




wtorek, 3 grudnia 2013

Sharing others

Wychowała mnie Europa. Europejska szkoła i europejskie środowisko. Niezapisane podtematy to myśl, dbaj i troszcz się o siebie. To prawo Europy. Prawo Afryki jest inne.

Europejskie dziecko potrafi się troszczyć o siebie. Podwórko to sztuka interesu i pertraktacji. Czy mogę się przejechać na twoim rowerze? A co mi dasz za to? Jak dasz mi się przejechać, to dam Ci zagrać pięć minut na moim nowym telefonie. Ooo masz cukierki, dasz mi jednego? Nie dam Ci, bo Ty mi ostatnio nie dałeś. 

Od samego przyjazdu nie mogę się napatrzeć na wychowanie Afryki. Sharing others (dzielenie z innymi) obserwuje w książkach i każdego dnia w oratorium. Nie mogę się nadziwić jak jedno dziecko jest na drugim. Jak sobie wzajemnie pomagają i jak troszczą się o siebie.

Guma do skakania
Któregoś dnia znajduję na zakurzonych półkach gumę do skakania. Powiązana w kilku miejscach, rozciągnięta, mocno zużyta. Zaczynam skakać w grę którą uczyłam się w dzieciństwie na podwórku. Zero, jedynki, dwójki i tak do dziesięciu. Liczba dzieci w pobliżu gumy nie wiem kiedy wzrasta do około 20. Ustawiam je w linię, każde czeka na swoją kolej i skacze pojedynczo. Dopiero następnego dnia zrozumiem, że gra w pojedynkę to nie gra dla Afryki.
Dziewczynki proszą mnie o gumę do skakania. Nawet nie wiedziałam, że znają jakieś zabawy. I skaczą. Ale nie jedno dziecko, następne i następne. Skaczą wszystkie razem, tyle ile pomieści rozciągnięta guma. W jednej partii doliczam się szóstki dziewczynek. Wygląda to jak taniec. Jakby ktoś za pobliskim drzewem cichutko wystukiwał rytm na bębnie. Skaczą uśmiechnięte buzie i nogi. Jeden rytm i te same zwinne ruchy. Wyciągnięte nogi w gumie, między gumą ,za gumą.


Bierki
Innego dnia gramy w bierki. Siadamy na słomianej macie i rozrzucamy z Christabel duże patyki. Moja kolej. Zgarniam jak najwięcej patyków bez poruszenia. Przychodzi kolej na Lucy. Jest zmieszana. Szybko z pomocą przychodzą inne dzieci. Pokazują Lucy ruch za ruchem. Rumienie się.

Pociąg na kolanach
W czwartek przychodzę do oratorium. Nie czuję się najlepiej, więc siadam na krześle. Obok Agnieszka biega z dziećmi i skakanką. Podbiega do mnie gromadka małych dzieci. Wślizgują się na kolana. Jedna dziewczynka, druga dziewczynka. Mieści się i trzecia. Nikt nie protestuje, że ciasno. Ale za rozglądających się głów dostrzegam jeszcze malutką Caterine. Też chce usiąść na kolanach. Chciałabym ja podnieść ale nie widzę już miejsca i nie chce, żeby dziewczynki ją zrzuciły. Jednak po chwili na moich nogach siedzi cała czwórka, a wśród nich uśmiechająca się mała Caterine. Na kolana wciągnęły ją pozostałe dziewczynki. 

Przerwa śniadaniowa
Porankami obserwuję przedszkolaki. O 10 podbiegają do biura. Bogatsze dzieci mają miskę ryżu, pudełko orzechów, butelkę wody. Biedniejsze nie mają nic. Tak więc John wyciąga ryż, Roger dołupuje orzechy, a Bridget donosi wodę. Pozostała gromadka siada w około i wyciąga rączki. John nie protestuje, pozwala częstować się biedniejszym dzieciom.

Mango
Nadszedł długo oczekiwany czas mango. Nie jest jeszcze zupełnie dojrzałe i nie wystarcza dla wszystkich dzieci. Dlatego mango wędruje z rąk do rąk. Czasem napotyka małe dziecko dla którego skórka jest za twarda. I wtedy albo ktoś starszy podzieli się swoją częścią lub pokaże na mnie ręką i oczami powie: „Ola zrób coś z tym. Masz duże zęby, odgryź dla niego kawałek” 

Obrazkom w książkach mogę zrobić zdjęcia.
Zdjęcia mogę zrobić też dzieciom.
To piękne zdjęcie, kiedy pociąg dzieci na moich kolanach doliczył się już jedenastki.
To piękne zdjęcie, kiedy plac do kolorowania zajęty jest w jednej trzeciej, bo dwudziestka dzieci chce siedzieć blisko siebie, a w klatce zdjęcia mieszczą się nogi, kredki, głowy, kartki, stopy.
Jednak najbardziej zależy mi na tych zdjęciach, które zrobię tutaj swoim sercem.
Zdjęcia, które zapamiętam na długo. Tak jak te o dzieleniu i pomaganiu.

sobota, 26 października 2013

Lufubu to


Otwieram oczy i powoli unoszę ciało do góry. Bagażnik, w którym siedzę jest jak zamknięta klatka ostukiwana dźwiękami Lusaki w godzinie szczytu. Uszy budzi sprzedawca zaglądający do otwartego okna. Głośniej niż buzią krzyczy ręką wypełnioną kolorowymi doładowaniami do telefonów. Oczy na większą szerokość otwiera koszyk z pociętymi kawałkami arbuza na głowie przechodzącej afrykanki. Jest coraz głośniej i cieplej. Ciężkość powietrza potęguje zastój na drodze. Auta dyszą nadzieją udanego przejazdu na zielonym świetle. Pomiędzy samochodami przeciskają się kolejni sprzedawcy. Wybór jest duży. Proca, schłodzona woda, spodnie, trójkąty ostrzegawcze, brzoskwinie. Myśli skupiają się na kropelkach potu spływającym po ciele. Z góry nagrzewa nas południowe, afrykańskie słońce. Od dołu rozżarzony asfalt. Ciało dopasowuje układ mięśni do kartonu pod nogami, dywanu pod głową i papieru toaletowego pod prawą ręką. Wyglądam przez okno. W powietrzu unosi się mieszanka spalin, parującego asfaltu, kurzu. Z powrotem wsuwam się i dopasowuje swoje ciało do kartonu, dywanu i papieru pod prawą ręką. Zamykam oczy. Myśli zapominają o spływającym po mnie pocie i zatłoczonej Lusace. Pomału przenoszą się do oddalonego Lufubu, które opuścilam na kilka dnia. Zasypiam.

Lufubu to busz. Nie ma tu asfaltu, sznurka samochodów, sklepów, szumu miasta. Obrazek z Lufubu to czerwona, ubita droga i skromne, buszmeńskie chatki. Cegły lepi się z termitier, a dachy plecie ze słomy. Chatek pilnują rozłożyste drzewa. Końcówka pory suchej przygasiła ich zieleń, a podsyciła wszechobecną czerwień.

Lufubu to farma. Kury wysiadują jajka, a krowy szukają trawy. Czasem wyglądają jak żyrafy. Wyciągają wysoko szyje i wyjadają liście. Napełnienie brzucha zależy od możliwości naciągnięcia mięśni szyi. Farma to cztery psy, sześć szczeniaków, dwa koty i trzy kocięta.

Lufubu to mój codzienny poranek. Szybsze od budzika jest wschodzące słońce. Ranek to jedyny moment dnia, w którym powietrze otula mnie swoją rześkością. Warstwa powietrza, a na niej warstwa złożonych rąk. Rankami smucę się z powodu objedzonych przez krowy bananowców i zachwycam drzewami oświetlanymi przez słońce na horyzoncie.

Lufubu to częsty brak prądu i wody. To zapalona świeczka i baniaki z zapasową wodą. To jaszczurki biegające po ścianach. To smak jedzenia w rzadko zmieniających się smakach. To kobieta z miską na głowie wypełnioną pomidorami, dzieckiem na plecach i motyką w ręce. To brak myśli o tym w co ubiorę się jutro lub co będę robił w sobotę.

Lufubu jest jak chatka w Bieszczadach. Otocza ją uprawiany ogródek i drewno przyniesione na ognisko. Chatka ma werandę, z której podziwiasz góry i morze drzew. Wieczorami kołyszesz się na samodzielnie zrobionej huśtawce i słuchasz. Muzykę rankiem wyśpiewują ptaki a wieczorem świerszcze i koniki polne. 

Lufubu to odpoczynek od myśli dyktowanych cywilizacją. Jest jak moje marzenie o skromnym i prostym życiu.




niedziela, 6 października 2013

Jak dziecko

Wtorek, 1 października

Noszę podarte i brudne ubranie.
Najczęściej nie mam butów.
Na ciele mam przynajmniej jedną ranę.
Mieszkam w małym domku przykrytym słomą.
Dźwigam ciężkie wiadro wody na głowie lub w ręce.
Mam dużo sióstr i braci.
Mama często mieszka gdzieś daleko, a tata nie żyje.
Codziennie jem palcami shimę.
Kiedy dostaję ciastko, zapytam czy dostanie je też moja siostra.
Na zabawkę wystarczy mi kilka plastikowych worków.
Kiedy jest ciemno, potrzebuje tylko innych dzieci.
Potrafię łowić ryby.
Często się uśmiecham.
Nosze swojego brata w chuście na plecach.
Bardzo szybko biegam.
Kiedy słyszę bębny, tańczę.

Lubię się modlić.
Kiedy pytasz czy się modlimy pierwszy wyciągam rękę do znaku krzyża.
Czasem sam Ci powiem, że chce się pomodlić.
Najbardziej lubię różaniec.

Minął czas dzisiejszego oratorium. W świetle zachodzącego słońca słychać świerszcze i słowa pożegnań. ”See you tomorrow”, „God bless you”, „Goodbay”. George przytula mnie za nogi, a Annie daje buziaka w policzek. Zanim brzęczące klucze w mojej kieszeni zdążą zamknąć bramę, Father rozpoczyna wieczorny różaniec. Nie wiem dlaczego na terenie oratorium. Nie wiem dlaczego pierwszy raz nie idziemy pod jego dom.

Ale dzieci nie myślą o tym czego nie wiedzą. Dziecięce serca usłyszały modlitwę. Słowa rozpoczynającego różańca przeciskają kilkunastoosobową gromadkę przez szczelinę niedomkniętej bramy. Nie pytają czy mogą dołączyć. Ściągają różańce, które noszą na szyi i w ciszy zaczynają przeplatać plastikowe koraliki między palcami. Mam trzy lata. Mam trzynaście lat. Na niebie są już gwiazdy. To nic. Ja teraz się modlę. 

Zaufanie?
Przekonanie, że o wszystko zatroszczy się Ojciec?
Otoczona dziećmi, myślę o tym jak ta chwila z nimi wiele mnie uczy.
Na końcu przypomina mi się Słowo z dnia dzisiejszego:

„On przywołał dziecko, postawił je przed nimi i rzekł: Zaprawdę powiadam wam: jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego. Kto się więc uniży jak to dziecko, ten jest największy w królestwie niebieskim. Strzeżcie się, żebyście nie gardzili żadnym z tych małych, albowiem powiadam wam: Aniołowie ich w niebie wpatrują się zawsze w oblicze Ojca mojego, który jest w niebie.”



poniedziałek, 23 września 2013

Rozbity kamień


Obserwuje Davies’a.
To nie Davies, który przychodzi codziennie do oratorium.
Davies nie gra dzisiaj w piłkę.
Davies nie uśmiecha się  i nie pokazuje swoich białych zębów.
Davies nie siedzi z dziećmi, które dłubią kredkami naszkicowane motyle.
Davies siedzi przy osobnym stoliku.
W rękach zaciska kredki.
Moje uszy szarpią zdania: „I’m sad. I’m angry”.
Spojrzenie jest niebezpieczne. Ogień w jego oczach chce zapalić moją twarz.
Po moim wnętrzu przejeżdża lokomotywa niepokoju.
-Davies, co dzisiaj z Toba?
-Ahh…
-Co się stało?
-Jestem zły. Jestem smutny. Jestem zły!
Davies nie chce dalej rozmawiać. Odpycha ręką powietrze wypełniające przestrzeń między nami.

Wracam do zabawy z maluchami. Po godzinie idę zobaczyć co się dzieje na boisku. Davies nie biega dzisiaj za piłką. Podpierając nogą wywalone drzewo patrzy na chłopców biegających za piłką. Podchodzę bliżej. Z każdym krokiem moją skórę dotyka cieplejsze powietrze wytwarzane przez Davies’a.
-Davies, dlaczego jesteś zły?
-Ajj
-Davies, co dzisiaj się z Tobą?
Pierwsze odpowiadają oczy. Palą się. Drugi odpowiada Davies.
-Jestem zły.
-Dlaczego jesteś zły?
Davies odwraca od mnie twarz i patrzy ponad drzewa za boiskiem.
-Jestem zły. Bo nic jeszcze dzisiaj nie jadłem.
Mówi coś jeszcze o nieudanych zbiorach. O tym, że nie udało się nic przynieść z buszu. Ale już tego nie słucham. Odruchowo patrzę na zegarek. Godzina 17:00. Europejczyk myśli o kolacji.  Lokomotywa w moim ciele już nie zjeżdza prostym torem. Przejeżdza spiralą z góry do doła nie omijając żadnej części mojego ciała. W dodatku ciągnie za sobą wagony. W pierwszym siedzi niezręczność, w drugim bezradność, a w trzecim po prostu smutek.

Przez lata moje serce obrastał kamień znieczulenia.
Hartowało je życie.
Nie spodziewałam się, że coś tutaj może ten kamień pokruszyć.
Każdy słyszał o biednych dzieciach, które nie mają co jeść. „Nie wywalaj jedzenia, bo dzieci w Afryce głodują”. To słowa tak oklepane, że przepływają przez głowę jak niewidzialna łódź podwodna. Nikogo nie wzruszają.

Dzisiaj Davies rozbił kamień.
Dzisiaj Pan Bóg zaczął kruszyć moje serce.


środa, 18 września 2013

Polska sobota


Kiedy byłam małą dziewczynką zawsze kojarzyłam sobotę z porannym budzikiem, szorowaniem dywanu, siatkami wypełnionymi zakupami. Polska sobota. Ludzie biegający tam i z powrotem. Szybkie pozdrowienia. Brak miejsc na parkingach przy supermarketach. Świeże wędliny w sklepach mięsnych. Ale mimo zlania potem ten dzień miał w sobie coś wyjątkowego. Tak jakby do codziennie granej tej samej melodii dołożyć raz na tydzień inną kartę z nutami.

Kiedy byłam na studiach tęskniłam za polską sobotą. Czas od poniedziałku do niedzieli kroczył sumiennie po wykładach , a weekend w większości zaczynał się staniem w kolejce na PKP: -Poproszę bilet tam i z powrotem. Tam: Piątek, z Powrotem: Niedziela Tydzień stracił swoją dobrze znaną melodię.

Moja pierwsza sobota w Lufubu. Budzik dzwoni po 6 godzinach snu. Przez pół godziny próbujemy go przekonać z Agnieszką, że jeszcze nie czas. Nieubłagalny zawodnik. Poddajemy się i wypełzujemy spod zielonej moskitiery. Śniadanie a po nim rozpoczynamy odpajęczynianie domu. Agnieszka żegna pająki miotłą na suficie, a ja klapkiem na ziemi. Z pogrubioną podeszwą o około 20 dorodnych pająków wychodzę na czerwoną drogę. Biedronka, karta płatnicza i wózek wypchany kolorowym jedzeniem? Nie. Jedna ręka uniesiona w górę kołysze wytłaczankę jajek, a druga próbuje nie obijać nogi reklamówką z jeszcze ciepło wypatroszonym kurczakiem.

Kiedy byłam w szkole średniej w soboty prowadziłam zbiórki zuchowe. Krótko przed wyznaczoną godziną pojawiałam się na horyzoncie wzroku, dziewczynek ubranych w szare mundurki. Zaczynał się wyścig pomarańczowych berecików łagodzonych zuchową, zieloną chustą. Wskok na ręce, obrót, zeskok. Następna.

W moją pierwszą sobotę w Lufubu idę do oratorium. Dzieci na początku nie jest zbyt dużo więc rozlewam kredki na stół. Rysunki składają się ze składników, rysunki-sałatki. Widzę dom, człowieka, afrykańską chatę, mango, banana, czasem samochód. Po oratorium zamykamy bramę. Zaczyna się wyścig. Która czarna ręka wślizgnie się jako pierwsza w białą rękę. Ruszamy kurząc razem z dziećmi drogę prowadzącą do wioski.

To tylko jeden z pierwszych dni w Afryce.
Tak naprawdę nic wyjątkowego.
Dzień jak dzień.
Sobota jak sobota.
Jednak dzięki temu dniu, mając już swój kąt, poczułam się tutaj po raz pierwszy jak w domu


środa, 11 września 2013

Radio Lufubu start

Dzień pierwszy 

Data: 5 wrzesień 2013
Z: Warszawa
Do: Lusaka (Zambia)
Linia lotnicza: KLM
Odległość: ok. 7 000 km
Wylot: 6
Przylot: 22:30
Przesiadka: Amsterdam
Międzylądowanie: Harare (Zimbabwe)
Bagaż: 2 różowe walizki (razem 46 kg) , bagaż podręczny 12 kg, (bagaż nielegalny - torba na laptopa 7kg)
Współpodróżni: Agnieszka, Antek, Gosia, Judyta
Wybrana ciekawostka z podróży: Kolorowe telewizorki przed oczami okazują się o wiele ciekawsze niż morze Alp widoczne z okna samolotu. Próba obserwacji gór z środkowych foteli kończy się przyciągnieciem czworga oczu i podniesieniem brwi dwóch twarzy. Oczy obserwują drogę, którą podąża mój wzrok, a brwi unoszą się na okrzyk wydobywający się z moich ust: wow.
Przywitanie po wyjściu z samolotu: pocałunek czerwonej ziemi
Przywitanie na lotnisku (w kolejności dostrzeżenia): balony, plakat „witamy w Zambii”, Father Czester oraz wyskakująca nie wiadomo skąd Patrycja
Przywitanie w City of Hope: pięciocentymetrowy karaluch


Dzień drugi 

Data: 6 wrzesień 2013
Miejsce: Lusaka
Cel zamierzony: Załatwienie zambijskich wiz i dokumentów
Cele niezamierzone:
pierwsza jazda lewą stroną ulicy
pierwszy banan prosto z drzewa
i pierwsze dzieciątko wślizgujące się w ramiona
Stan fizyczny: słaby
Stan duchowy: uśmiechająca się wdzięczność do nieba


Dzień trzeci 
Data: 7 wrzesień 2013
Z: Lusaka
Do: Lufubu
Linia naziemna: terenowa Toyota
Odległość: 1000 km
Wyjazd: 6
Przyjazd: 23
GPS: brak (prosto, prosto, prosto. Zakręt podwójnie rozszerza oczy)
Podróż umila: radio nostalgia, radio kontemplacja, od czasu do czasu radio warszawa


Pierwsze trzy dni w Afryce. Oczy nie chcą się zamykać, a uszy przestać słuchać. Ale teraz i dla nich zaczyna się nowy rozdział. Radio kontemplacja i nostalgia wyłączyły się. Teraz nadaje już tylko radio Lufubu.

Radio prosto z afrykańskiego buszu.
Radio w którym najgłośniejsze będą dzieci.
Radio, którego audycje będzie dyktować niebo.